17 stycznia, sobota
3 osoby od kilku balują dni na Teneryfie, reszta startuje w sobotę, głównie w godzinach porannych. Startuje – nie znaczy, że doleci tak, jak chce. Krzysiek nie zdążył się przesiąść we Frankfurcie, dolatuje w nocy przez Madryt. Przynajmniej kierunek miał jedynie słuszny. Hubert zwiedzał pozaplanowo Skandynawię. Dawno nie odwiedzał Helsinek i Oslo, teraz nadrobił te zaległości. Oczywiście sam, jego bagaż nie. Późno w nocy dotarł na jacht. Ma na lotnisku straciliśmy sporo czasu na odbiór bagażu. Kierowca busa tym faktem był nieco zniecierpliwiony. W końcu wylądowaliśmy w marinie Del Sur w Las Galletas. Jachty czekały, można na nie wejść było od rana. Sun Oddysey 519 Jerez Jurka został „przejęty” dosyć szybko i sprawnie. Problem był z Oceanisem 45 Gin Tonic Aśki. Ona doleciała dosyć późno, odprawa musiała się odbyć w sobotę, w niedzielę firma nie pracuje (to okazało się dopiero na miejscu). Ale w końcu się udało. Mamy wcześniej porobione rezerwacje marin. Ze względu na spory tłok trzeba to robić, w innym przypadku mogą nie wpuścić. A bezpiecznych kotwicowisk za dużo tutaj nie ma. Wieczór spędzamy w portowych knajpkach, zresztą ze znakomitym jedzeniem.
18 stycznia, niedziela
Rano personel usuwa drobne awarie na obu jachtach. Pełne słońce, na horyzoncie jakiś niewielki deszcz zakończony ładną tęczą. W nocy nieco wiało, tak ze 40 kn. z południa, potem wiatr zelżał i zmienił kierunek na typowy: NEN. Wiać będzie silniej po przejściu planowanej połowy drogi, zwłaszcza przy Gomerze. Szykujemy sprzęt wędkarski. W momencie, kiedy Jerez zaczyna odcumowywać, podbiega Asia ze złymi nowinami. Doszło do akceleracji przed naszą docelową wyspą. Fale do ponad 3 metrów, wiatr w porywach sporo ponad 40 kn. Próbujemy się skontaktować z naszą mariną, ale telefony głuche. Na AISie widać kilka jachtów zawracających spod Gomery na Teneryfę. Piszemy maila z prośbą o przesunięcie o jeden dzień naszej rezerwacji. Jest zbyt późno, aby coś zwiedzać, a alkoholu mamy sporo, więc wnioski nasuwają się same. Do wieczora impreza, niektórzy barłożą do późna w nocy.
19 stycznia, poniedziałek
Niektórzy mają kaca, ale pogoda znacznie lepsza. Wiatr o wiele słabszy, i tak ma być w najbliższych dniach. Ale te prognozy jak zawsze trzeba brać z przymrużeniem oka. Nie ma odpowiedzi na naszego maila, ale na dzisiaj i tak mamy rezerwację. Po śniadaniu mamy pożegnać Del Sur i polecieć na południowy zachód. Po dziewiątej przychodzi mail z mariny w San Sebastian, mamy potwierdzenie przesunięcia naszego pobytu na Gomerze. Tak samo dzieje się z mariną na Palmie. Jest bardzo ciepło i słonecznie, choć z południa uśmiecha się do nas piękna tęcza. Wypływamy o 11.30, rozrefowujemy grota, i tak trzeba było to zrobić. Kabestany ręczne, sporo wysiłku trzeba włożyć. Grot w dobrym stanie, ale lazy jacki powiewają na wietrze we wszystkie strony. Ale i tak jedziemy na motorze. Wędki wywalone, ale nie widać śladów żerowania tuńczyków. Za to pojawiają się grindwale i to w pół godziny po wejściu z mariny. Ładne ssaki, ale lepiej, żeby się nie plątały w nasze wędki. Jurek miał już taki scenariusz na tym akwenie. Solidny multiplikator Penna poszedł z dymem – stal nierdzewna się po prostu spaliła. Ryb nie ma, wiatru też, zwalamy grota, już się przewietrzył. Razem z nami na Gomerę płynie kilka jachtów, gdzieś z tyłu również Asia. Kiedy do wyspy pozostaje ok. 10 nM zaczyna wiać. Stawiamy foka, diesel out. Rozwiewa się bardzo mocno. W prognozach miało być max. 18 kn, w rzeczywistości wiatr w porywach dochodzi do 32. Do tego 3 metrowe fale, z których jakaś część funduje nam co jakiś czas słony prysznic. No i prawdziwa, oceaniczna żegluga. Przed San Sebastian fala mniejsza – wyspa zasłania, ale wieje tak samo. Krzyczymy przez VHF 9, ale zero odpowiedzi. Przechodzimy na 16, z tym samym efektem. Po jakimś czasie mamy odpowiedź na 9. Jesteśmy czwartą łódką w kolejce do wejścia. Silny wiatr utrudnia manewrówkę na postoju. Przed nami jeszcze jedna łódka, w tym czasie słychać rozmowę Aśki z mariną. W końcu wchodzimy. Mamy miejsce prawie na samym końcu pirsu, idealnie osłonięte od wiatru. Cumujemy bez problemów. Za chwilę na końcu tego pomostu cumuje Oceanis. W basenie portowym jak zwykle tutaj mnóstwo ryb. Jurek bezczelnie wyjmuje wędkę, ale próbę połowu skutecznie hamuje policjant. Tutaj nie wolno, o czym dobrze wiemy, ale co szkodzi spróbować. Świetna kolacja w wykonaniu Marka i idziemy na wieczorny spacer po miasteczku. Jest dom, w którym mieszkał Kolumb przed wyruszeniem do Indii Zachodnich. W drodze powrotnej wpadamy na koncert amatorskiej orkiestry symfonicznej do ichniego domu kultury. Przyjemna muzyka. Wracamy na jacht, po drinku w kokpicie i idziemy spać.
Odcinek – 30 Nm, silnik – 20, żagle – 10.
20 stycznia, wtorek
Rano śniadanie w kokpicie, o dziewiątej otwarte biuro mariny. Trzeba załatwić formalności, wynająć auta. Na miejscu jest wypożyczalnia aut, postaramy się skorzystać, choć na razie wszystko zamknięte na 4 spusty. Wstaje słońce, piękny poranek, przepiękne skały naokoło mariny robią klimat. O 9 odbieramy dwa auta, którymi pokonamy wyspę. Główną atrakcją wyspy jest las z okresu trzeciorzędu, jedyne miejsce w Europie, gdzie taki się uchował. Znajduje się na wysokości ok. 1 km. Ten las na Gomerze ma ok. 2 mln, lat, ale taki występował praktycznie w całej Europie w okresie od 40 do 65 mln lat temu. Po drodze oczywiście mirador – punkty widokowe. Docieramy przed rezerwatem, dalej na piechotę. Proponują 3 trasy, ale droga jest tylko jedna. Las wilgotny, naprawdę piękny. Robi wrażenie na wszystkich. Do tego zwiedzanie bezpłatne. Od lat 60. ubiegłego wieku jest parkiem narodowym. Mniej więcej w połowie drogi część rezygnuje i wdrapuje się z powrotem. Reszta podąża dalej w dół. Ci, co wrócili, pakują się do aut, jadą kilkanaście km po resztę ekipy. Do miejsca, w którym oni się znajdują, prowadzi bardzo wąska i stroma droga, minięcie się z drugim autem jest problemem. Ta wycieczka zabrała sporo sił, rezygnujemy z plaży na drugim końcu wyspy, jedziemy do poleconej dla nas knajpy. Trochę czekamy na miejsca, potem jemy, choć jedzenie nie powala. Poza tym wszystko słone. Po obiedzie powrót do mariny, również punkty widokowe. Na miejscu jesteśmy późnym wieczorem. Jurek na kawałek sera łapie przyzwoitą lisę, spożyjemy na śniadanie, ogon pójdzie na przynętę na ogończe, które w nocy nawiedzają marinę. W samochodzie, którym jechaliśmy, Marek pozostawił telefon, jutro trzeba go będzie wyszarpać.
21 stycznia, środa
Poranek. Wędka z ogonem lisy jako przynętą napięta, na końcu szamocze się spora ogończa. Nie wiadomo, kiedy się zahaczyła. Jurek ściąga ją prawie do rufy i wtedy klops. Dwóch pracowników mariny stojących niedaleko zwraca uwagę, iż w porcie nie można łowić żadnych ryb. Doskonale o tym wiemy, ale po jaką cholerę oni tam teraz się znaleźli? Plecionkę trzeba odciąć, ryba odzyskuje wolność. Podtrzymuje to serię zwycięstw tego gatunku ryby, ten jest czwartym z kolei w karierze Jurka na Gomerze. To przyczynek, żeby tu jeszcze wrócić i ponownie zahaczyć tę rybę. Wypływamy praktycznie razem z Aśką o 09:20. Tuż przed wyjściem z mariny dajemy wstecz, z prawej burty atakuje nas prom. Po jego przejściu płyniemy dalej. Na początek silnik, wiatr dokładnie w pysk. Jak ominiemy północny brzeg wyspy, będzie można postawić żagle. Tak też czynimy, ale wiatr robi się bardzo mizerny. Z powrotem main sail diesel. Mniej więcej w połowie drogi poprawiają się warunki, stawiamy ponownie żagle. Przez jakiś czas płyniemy na dwóch napędach. Potem wiatr wzrasta do 14 – 16 kn, same żagle. Cudowna żeglarska pogoda, fala niezbyt wysoka, do tego słońce, chmur niewiele. Przed mariną chcemy się skontaktować z nimi przez VHF, ale zero odzewu. Przełączamy na kanał 16 z takim samym efektem. Po jakimś czasie mamy kontakt. Numer kei podali wcześniej, teraz jeszcze otrzymujemy dokładną lokalizację. Za chwilę wpływa Aśka i jeszcze jeden jacht. Później dopływa kolejny jacht, z polską załogą, cumują obok nas. Załoga mówi o tym, że sponiewierał ich jakiś sztorm (choć ichni skipper zaprzecza), nasza żegluga była bardzo lajtowa. Wieczorna wycieczka po lokalnej, niewielkiej starówce Santa Cruz de Palma i idziemy spać. Jutro zrobimy opłaty portowe, wynajmiemy auta i zwiedzimy wyspę. Zarezerwujemy też miejsca na następny postój w jednej z marin na Teneryfie.
Żagle – 20, silnik – 40, łącznie: Ż – 30, S - 60
22 stycznia, czwartek
Wstajemy niewcześnie. Opłaty portowe zrobione, ceny jak zwykle niższe niż na Mazurach. Za 52 stopowy jacht + 8 członków załogi 37 Euro/dobę. Poranek jak zawsze pogodny, wschodzące słońce natychmiast podnosi temperaturę. Na tych wyspach rzeczywiście można cudownie spędzać życie. Oczywiście pod warunkiem, że wulkan nie pierdolnie. W porcie nie ma żadnych wolnych aut. Dwa wielkie wycieczkowce robią swoje. Proponują wynajem dwóch sporych samochodów, ale odbiór najpóźniej w ciągu godziny na lotnisku. Tak też czynimy. Do zobaczenia wstępnie dwa wulkany. Jedziemy przez środek wyspy do Cumbre Vieja. Diabeł wypalił kilka lat temu, sporo narozrabiał. Droga bardzo ładna, ale mocno nasączona zakrętami. Ten obszar był zawsze atrakcją turystyczną, ale atrakcja znacznie powiększyła swoje terytorium kilka lat temu. Była to tragedia dla mieszkających tutaj ludzi, teraz jest ciekawym i pięknym zjawiskiem geologicznym. Warto zobaczyć to miejsce. Potem nasze auta się rozdzielają. Jerez jedzie na kolejny wulkan, Gin Tonic do miasta zbudowanego w grocie. Los Muchachos (w tłumaczeniu: chłopaki) to wulkan sięgający 2400 m. Droga diabelnie kręta, wąska, ale okoliczności przyrody przecudne. Piękna roślinność i skały o wszystkich kolorach tęczy. Na szczycie obserwatorium astronomiczne. Kaldera wysoko ponad chmurami, bardzo błękitne niebo, krystalicznie czyste powietrze. Są gotowe ścieżki wokół kaldery z bajkowymi widokami – tutaj palma rzeczywiście może odbić. Poniżej brzegów kaldery chmury, ale kilkaset metrów niżej. Na środku poród chmur wystają stożki wulkanu, wyglądają jak wyspy na nieziemskim akwenie. Wracamy wieczorem do mariny. Jutro mieliśmy płynąć na Teneryfę, ale zapowiadany wiatr do 40 kn nie zachęca. Nie wszyscy są tutaj zaprawionymi w bojach żeglarzami, a i boksować się z Atlantykiem w tych warunkach w zasadzie nikomu się nie chce. Szukamy wolnych marin na południu Teneryfy, ale nigdzie nie ma miejsc (tam jeszcze można by dopłynąć). Na Santa Cruz są miejsca, ale wtedy pozostaje walka z żywiołem. Posiedzimy następną dobę też w Santa Cruz, tyle że na Palmie. Wieczorem załoga Jerez idzie do knajpki. Ta polecana przez marinero zamknięta. Sporo otwartych. Siadamy w jednej z nich. Jemy głównie owoce morza. Jakie by nie były – wszystkie ostro przesolone. Tutaj sól jest dominującą przyprawą, nawet dodatki typu majeranek czy inne zielska też ją zawierają. Wieczorem w kokpicie 1 – 2 szklaneczki trunku, tę sól trzeba z zębów przecież wypłukać i idziemy spać. A jutro będziemy się cały dzień obdzyndzalać.
23 stycznia, piątek
Nie robimy nic, stoimy w marinie. Łazimy po miasteczku, jakieś zakupy. Kąpiel w morzu, znów spacer po miasteczku. Wieczorem knajpka.
24 stycznia, sobota
0 5. rano startujemy, Aśka wypłynęła godzinę wcześniej. Mają być jeszcze silniejsze porywy przez godzinę, potem ma siadać. Zakładamy 3 refy, fok zrolowany do połowy. Wiatr nie jest tak silny, jak zapowiadali, max. 22 – 24 kn. Ale na razie płyniemy pod gwiazdami. Na wschodzie widać ślad poranka. Rozrefowujemy żagle do pełna, ale wiatr siada. Choć wieje z północy, a nasz kurs powinien wynosić 900, płyniemy ostrzej, potem wiatr będzie w mordę, jak zawsze biednemu. Musimy wspomagać się silnikiem. Słońce coraz wyżej, ale temperatura niekoniecznie. Długa oceaniczna fala przemieszcza się dokładnie z północy. Ma 3 metry, ale przy swojej długości daje tylko rozkołys, który nie każdy dobrze znosi. Śniadanie – każdy we własnym zakresie, choć niektórzy nic nie jedzą. I tak będzie cały dzień. Po prawej burcie pokazują się delfiny, przeskakują 2 – 3 metry obok nas. Poza tym cisza. Wiatr powoli słabnie, na przynęty wędkarskie, które holujemy za sobą na 3 wędkach, też nie ma chętnych. Cały czas płyniemy na żaglach + motor, dopiero o zachodzie słońca, przy północnym brzegu Teneryfy pozostaje sam main sail diesel. Dokładnie przy Punta de Anaga na północy wyspy obserwujemy wspaniały zachód słońca. Potem szybko następuje mrok. Przed nami Santa Cruz de Tenerife, do której dopływamy po 17,5 godzinach od startu. Po drodze spory ruch statków, sporo stoi na kotwicy. Ale te, które pływają ,zmieniają swoją prędkość i kierunek, trzeba być czujnym jak owsik. Wchodzimy do mariny, wejście pomimo rzęsiście oświetlonego brzegu dobrze widoczne, choć marina zaleca wejście przy świetle dziennym. Skipper bywał tutaj już kilka razy, zawsze wpływał w nocy, więc i tym razem nie było problemu. Najpierw na 12 VHF wywołujemy port z prośbą o możliwość wejścia, szybko uzyskujemy zgodę. Potem na kanale 9 wywołujemy marinę. I to kilka razy, w końcu mamy aprobatę, stajemy przy 1 pomoście. Za pół godziny dopływa Asia ze swoją załogą, cumują obok nas. Kolacja – to w zasadzie odgrzana kolacja z dnia poprzedniego, co znacznie skraca procedurę. Potem jakieś drinki i idziemy spać. W linii prostej pomiędzy portem wyjścia portem docelowym było 105 nM, ale liczą nasze myszkowanie, co na jachcie jest w zasadzie regułą, wyszło ich 120. Niezły wynik.
Ż- 55, S – 65, łącznie: Ż - 85 nM i S -125 nM / 210 nM
25 stycznia, niedziela
Piękna słoneczna pogoda. Pięknie położone miasto, od północy osłonięte malowniczymi górami. Śniadanie, potem odprawa portowa. Każą każdemu z nas przyjść osobiście z ID w ręku. Sprawdzają facjaty, kserują dowody + papiery oraz opłaty i jesteśmy zameldowani. Od razu rezerwujemy auto. Marek pozostaje na łódce, z drugiej załogi na to miejsce melduje się Mundek. Zaczynamy od El Tide. Pogoda wyśmienita, widoki również. Po drodze są punkty widokowe. Po ok. 1,5 godzinie jesteśmy na miejscu. Najwyższy szczyt Hiszpanii, wierzchołek jak zwykle ośnieżony. Na dole też resztki śniegu, choć jeszcze 2 tyg. wcześniej przejeżdżały tędy pługi śnieżne. Bajkowe widoki skał wulkanicznych i takiż sam kanion, chyba najładniejszy na świecie. Naiwni wierzą, iż uda nam się wjechać na samą górę kolejką, ale jest to absolutna mrzonka. Olbrzymi wycieczkowiec w porcie plus mnóstwo turystów takich jak my – bez dużo wcześniejszej rezerwacji nie ma co liczyć na bilety. Jedziemy 2 km dalej, tutaj również cudowne widoki. Mam nadmiar czasu, pojedziemy więc do wsi Masca. Bajkowe miejsce z lekko mrożącym krew w żylakach dojazdem. Strome serpentyny, a mijanki z innymi autami na włos. Sama wioseczka (ze 20 domów) przecudna, położona na garbie zakończonym skalną maczugą. W pobliżu jeszcze dwie podobne miejscowości, ale ta dominuje. Mnóstwo aut, miejsc parkingowych mało, droga bardzo wąska. Udaje nam się znaleźć parking przy samej Masce. Zwiedzamy miejscowość, robimy mnóstwo zdjęć i filmów. Niestety, w weekend kilka restauracji, które są tutaj, zamknięte na 4 spusty, też muszą odpocząć. Chcieliśmy coś tutaj spożyć, zrobimy to wracając. W pierwszej knajpie nie ma miejsc, trzeba czekać ok. 1,5 godz., jedziemy dalej. Tutaj mamy szczęście, jemy fajną kolację. Potem jeszcze uzupełnienie niedoborów gastronomicznych w Lidlu (z naciskiem na rum) i wracamy do naszej mariny. Jutro wypływamy z Santa Cruz do Las Palmas na Gran Canarii.
26 stycznia, poniedziałek
Start o 10 jacht Aśki wyszedł wcześniej, widzimy go przed nami. Idziemy na motorze, wiatr jak zapowiadali równe zero. Po lewej burcie w rzędzie ustawione równolegle do siebie 4 grindwale. Pełnią wartę honorową, zapewne w podzięce za naszą wizytę na Teneryfie. Poza nimi do końca dzisiejszego pływania nie będzie nam dane zobaczyć żadnego życia. Ani jednego delfina, mewy, a o tuńczykach już nie wspomnę. Długa oceaniczna, ale bardzo łagodna fala sprawia, iż nikt nie oddaje hołdu Neptunowi. Tylko szum motoru. Z początku jest sporo chmur, dosyć rześko, ale potem wychodzi słońce i robi się coraz cieplej. Można płynąć w samych gaciach. Wieczorem, ale jeszcze w promykach zachodzącego słońca opływamy od północy Gran Canarię, docieramy do zabukowanej wcześniej mariny w Las Palmas. Duża, ma miejsce dla 760 jachtów. To punkt startowy do corocznych, późno jesiennych regat jachtów do turystycznych przez Atlantyk. Początkowo cumujemy do kei przy biurze mariny, robimy opłaty. Alboran ma tutaj 2 bezpłatne miejsca dla swoich jachtów, ale tylko Oceanis może tam zacumować – kwestia wielkości (duży – nie zawsze znaczy dobry…). My stajemy na szczycie pomostu, płacimy za dwie doby 55 Euro, łącznie z opłatą za bezzwrotną kartę do wyjścia i wejścia z mariny. Cennik zapewne wyślemy do kilku miejsc na Mazurach, niech sk…y zobaczą, że można trochę taniej takie rzeczy robić.
S - 30 nM, Ż – 25 nM / S - 230 Ż – 155 nM
27 stycznia, wtorek
Po śniadaniu dzwonimy do pierwszej z brzegu wypożyczalni aut. Nasza załoga jedzie w komplecie, druga w niepełnym składzie. Wyspa bardzo zielona, roślinność i kwiaty aż biją w oczy – w końcu styczeń… Drogi, poza autostradą, bardzo wąskie, bez poboczy, ale za to kręte. Pierwszym celem jest Arucas. W miasteczku dominuje kamienna katedra, która wyznacza starą, centralną część miasta. Trochę kłopotów z parkowaniem, ale w końcu mamy miejsce. Kościół i otaczające go uliczki z zabytkowymi kamienicami mają swój klimat. Następnym celem jest Teror. Nazwa miasta nie ma nic wspólnego z klasycznym opisem typowych zachowań kobiet w stosunku do ich partnerów w związkach, nie tylko małżeńskich. Miasto również pełne stromych i krętych uliczek, z pięknym kościółkiem i ładną starówką. Główna ulica to deptak, budynki z przepięknymi ukwieconymi balkonami. Tutaj spotykamy Asię z jej załogą. W takim miejscu są liczne knajpki oraz niestety sklepy z różnorakim badziewiem – co skutecznie zniechęca niewiasty do jakiegokolwiek dalszego zwiedzania. Piwo i kawa w lokalnej kawiarence, jedziemy dalej. Teraz dojeżdżamy na 1956 m npm do najwyżej położonego punktu wyspy – Pico de las Nieves. Wysokość Kasprowego, ale słońce i dodatnia temperatura robi istotną różnicę w styczniu. Przecudne widoki przy znakomitej widoczności. Jedziemy dalej na południe wyspy. Fataga to malutka wioseczka przypominająca nieco Mascę, ale ma inny klimat. Przepiękne kamienne domki, bardzo wąskie uliczki, wszyscy jesteśmy urzeczeni. Tutaj też jemy wyśmienity obiad w Bar el Labrador. Takiego jedzenia jeszcze tutaj nie mieliśmy, Wszystko znakomite, a najlepsza koza, którą niektórzy przeżuwali po raz pierwszy w życiu. Poza tym to pierwsza knajpa, gdzie nic nie było przesolone. Do tej pory myśleliśmy, iż sól to narodowy dodatek do wszelkich potraw tych wysp. Dzień zbliża się ku końcowi, mamy jeszcze w planach plażę w Maspalomas. Docieramy na nią tuż po zachodzie słońca. Plaża to hałdy żółtego piasku uformowanego w wydmy. Nieco przypomina Saharę. Stamtąd zresztą pochodzi piasek. Plaża w kształcie półksiężyca, otoczona 5-gwiazdkowymi hotelami. Wieczorem jesteśmy w naszej marinie. Mamy problem z parkowaniem naszego auta, po pół godzinie znajdujemy dla niego jakąś miejscówkę. Drobne zakupy, jakieś drinki na jachcie, jutro o 5. start na Teneryfę. Początkowo chcieliśmy dopłynąć do mariny w Los Gigantes, ale po raz drugi nie ma tam dla nas miejsca. Aśka załatwia jako punkt docelowy macierzystą Del Sur, stamtąd będziemy robić wypady na południowe wybrzeże Teneryfy.
28 stycznia, środa
Jeszcze 3 dni męki i wrócimy do kraju. Start obu jachtów wg. planu o 5. Płyniemy na silniku. Co prawda postawiliśmy foka, ale emocji typowo żeglarskich starczyło na pół godziny. Only motor. Opływamy Gran Canarię od północy, kierujemy się na południowy zachód, na południowe wybrzeże Teneryfy. Utrzymująca się od kilku lat wyższa temperatura oceanu spowodowała, iż ryby przeniosły się 3 lata temu na północ, w kierunku Madery i Azorów. W ubiegłym roku miejscowi rybacy złapali 20% limitu tuńczyków. A już myśleliśmy, że ocean zagospodarował Polski Związek Wędkarski, co również tłumaczyłoby deficyt ryb. Ocean bardzo spokojny, tylko jeden delfin zaznacza swoją obecność do południa. Potem pojawia się większe stado. I w zasadzie to cała atrakcja tego przelotu. Ładne słonko, ciepło. Przy zbliżaniu się do naszej macierzystej mariny Del Sur w Las Galletas zwijamy wędki. Jedna z przynęt straciła ogon, czyli jakiś atak był. Pogodny wieczór spędzamy na pokładach. Jurek zakupił mały kawałek łososia, którego fragment zakłada przynętę. Na efekt nie trzeba długo czekać. Piękna ogończa w końcu ląduje na pokładzie. Ma jakieś 30 – 40 kg, oprawiamy ją początkowo na pokładzie, potem przenosimy na keję celem kontynuacji dalszej sekcji zwłok. Część idzie w maggi, musi swoje odstać w lodówce. Reszta jutro do smażenia. Oddajemy też część filetów dla Gin Tonic, stoją po naszej lewej burcie. Aśka podrzuca nam jakąś fakturę z Las Palmas, którą mamy jeszcze opłacić. Dzwonimy do mariny (wszystko było opłacone na miejscu), ale nikt nie odbiera. Wyjaśnimy jutro. Trochę rumu i idziemy spać.
S 85 nm, Ż – 0 / S - 315 nM, Ż – 155 nM
29 stycznia, czwartek
My chcemy płynąć na Gigantes, druga łódka pozostaje w marinie. Zabieramy stamtąd Mundka i w drogę. Wieje w mordę. W drodze powrotnej kierunek ma być ten sam, ale wiać ma nieco więcej. Po lewej burcie Gomera, po prawej ładne południowe wybrzeże Teneryfy, dosyć mocno usiane miejscowościami i sporymi hotelami. Od ostatniej mariny Los Gigantes koniec cywilizacji, zaczynają się piękne skały. Płynęliśmy, żeby je zobaczyć. Mają po 600 metrów wysokości, zajmują nadbrzeżny, południowo-zachodni odcinek wyspy na dystansie 10 km. Skały o różnej strukturze i barwie są też siedliskiem dla licznego ptactwa. Mniej więcej w ich połowie widać kanion, którym na piechotę można dotrzeć z Masci do morza. Nieco dalej stajemy w dryfie, kilka osób kąpie się w morzu. Potem stawiamy szmaty i pięknym baksztagiem wracamy do mariny. W końcu mamy super warunki żeglarskie. Wieje 16 – 18 kn, my w porywach robimy po 9 węzłów. Szampański nastrój dodatkowo podkreśla fajna muzyka. Tak można żyć. Nawet osoby, które miały kłopoty gastryczne w poprzednich przelotach, czują się bardzo dobrze. Pod wieczór dopływamy do mariny. Tankujemy diesel, jutro będziemy się obijać w miasteczku. Arek z sąsiedniej załogi wynajął rower, wskoczył na nim na chwilę na El Tide i wrócił. Niezły wyczyn, trzeba przyznać. Jemy bardzo obfitą kolację, potem wypad na lody. Wieczór w kokpicie.
Ż – 20 nM, S – 20 nM / Ż – 175 nm, S – 335 nM / łącznie – 510 nM
30 stycznia, piątek
Dzisiaj nigdzie się nie ruszamy. Tzn. w sensie żeglowania, bo jak są sklepy i kobiety to wiadomo, że się ruszą. Oczywiście nie sklepy. Każdy robi, co chce, ale powoli zaczynamy się pakować. Niektórzy kąpią się w morzu, temp. wody ok. 20 C, co przy słońcu w zupełności wystarcza. Poza tym jakieś spacery po miasteczku, choć nie ma tu żadnych zabytków. Ale jest bardzo ciepło, ładnie i jak wszędzie na Kanarach - czysto. Ok. 14. zjawiają się marinero, w pierwszej kolejności zdaje jacht Aśka. Potem my. Co prawda nie możemy znaleźć przejściówki do podłączenia prądu, ale zbytnio się tym nie chwalimy. Jeden z bosmanów przynosi nieco inną fakturę z Las Palmas. Zgadza się tylko nazwa jachtu, częściowo data. Nazwisko innego skippera. Jakieś telefony, coś mają wyjaśnić, nic to nie daje. My nie chcemy płacić – bo nie mamy za co, oni chcą jakichś pieniędzy, ale też w sumie nie wiedzą za co. Telefony do biura Alborana też nic nie dają. Nie płacimy, sądzimy, iż firma czarterowa złapała jakiś mały deficyt i chce uzupełnić to na kwotę 60 Euro od nas. My pozostajemy przy swoim. Jemy obiad, wieczorem spacer na miasto. Zwiedzanie kończymy w knajpce, w której rozpoczęliśmy nasz rejs, danie też te same – zupa z owoców morza. Wieczór w kokpicie, jutro opuszczamy Las Galletas i Kanary.
31 stycznia, sobota
Różne grupy opuszczają marinę Del Sur w różnym czasie. Niektórzy nawet przed 5., największa grupa z naszego jachtu o 8. Kierowca punktualny. Wylot 11.40 do Zurichu, tam przesiadka do Frankfurtu i stamtąd do Warszawy. Na ostatnią przesiadkę mamy mało czasu, pewien niepokój wzbudza możliwość zagubienia bagaży. No i słowo ciałem się stało, Marek jedzie do Giża bez swojego czemodanu. Pozostali docierają bez większych problemów do swoich lokalizacji, choć z przygodami już na miejscu. W kraju siarczysty mróz, pozamarzały akumulatory w autach Krzyśka i Ani ze Staśkiem. – 24 C, do tego lekki wiatr robi swoje (w nocy spadło do – 29 C w Przerwankach ).
W obu przypadkach bardzo fajni ludzie, bezkonfliktowi. Cały rejs załogi spędzały w fajnym humorze. Choroba morska dotykała niektórych, ale nie były to jakieś szczególnie ciężkie przebiegi. Wszyscy zakończyli go z dobrymi wspomnieniami.
Atlantyk to naprawdę duże morze. Potrafi się nieźle rozbujać i mocno przywiać. Niektórzy byli po raz pierwszy na jachcie w tych warunkach. Dominują wiatry z NEN i fale z północy. W trakcie naszego rejsu po północnym Atlantyku przechodził bardzo duży sztorm, czynił niezłe szkody po wejściu na Morze Północne i Śródziemne. W trakcie naszej końcówki fale na północy Teneryfy dochodziły do 6 m. Poza tym występuje zjawisko akceleracji – duży wzrost siły wiatru w cieśninach pomiędzy wyspami. Wiatr, który przy brzegu wieje ok. 18 – 20 kn., na środku potrafi gwizdać i 40 kn. Trzeba z wyprzedzeniem rezerwować mariny, nie we wszystkich są dostępne miejsca w danym momencie.
Wyspy bardzo ładne i atrakcyjne. Trzeba mieć w rezerwie po tydzień, żeby się z każdą zapoznać dokładnie. Każda jest inna, na każdej jest dużo różnych atrakcji. No i wszędzie piękne widoki. Do tego umiarkowany klimat. Woda w zimie 20 C, latem 22-23, latem bez upałów, zimą bez chłodów (niepotrzebna klimatyzacja ani ogrzewanie), czy można chcieć czegoś więcej ?
Pośrednik, firma Charternavigtor jak zwykle niezawodna: www.charternavigator.com. Dostawca jachtów, firma Alboran, poza niuansem z fakturą, którą chcieli nam wcisnąć, również w porządku. Odbiór jachtów bardzo dobry, przy zdaniu również specjalnie się nie czepiali. Same jachty już nieco doświadczone żeglugą, nie miały większych felerów. Aśka miała zupełnie nowe żagle, do naszych również nie można się było przyczepić. Silniki również OK (w Oceanisie trzeba było nieco zwiększyć obroty – gasł na wolnych). W obu przypadkach lazy jacki praktycznie w strzępach. W Sun Oddysey przeciekała do zęzy słodka woda, prawdopodobnie z drugiego zbiornika. Był też śladowy przeciek z pokładu do prawej kabiny rufowej. Poza tym wszystko na nich grało, łącznie z elektryką, co na morzu nie zawsze się zdarza.
Reasumując: naprawdę warto było odbyć ten rejs w tym czasie i w takich składach.
Sun Oddysey 519 JEREZ
I wachta: Maciek, Jola
II wachta: Stasiek, Ania
III wachta: Tomek, Mark i Tadzik
Skipper: Jurek Cygler
Oceanis 45 GIN TONIC
Alek, Mundek, Janusz S . i Janusz K., Hubert, Arek, Krzysiek, Wojtek,
Skipper: Asia Pajkowska
Jurek Cygler
Tagi: Kanary, rejs, relacja